16. Diecezjalna Pielgrzymka za: 185 DNI

Świadectwo Alessandra z Rzymu

CO ZA DOŚWIADCZENIE!!!

 

Rzym 17 Sierpnia 2008

 

Pragnę opowiedzieć wam (w skrócie) to przepiękne doświadczenie. Minęło zaledwie 16 dni od końca pielgrzymki, lecz w moim umyśle te dni zachowują niesamowitą jasność, jakbym nadal je przeżywał. Te kilometry przebyte razem z wami są najpiękniejszym wspomnieniem ostatnich dość burzliwych lat mojego życia, ale zacznijmy od początku…   Byłem przekonany, że te 330 km pielgrzymki, które łączą Bydgoszcz z Częstochową do przejścia w 11 dni byłyby dla mnie spacerem… może czymś więcej. W zasadzie przez ostatnie dwa lata prowadziłem życie dość „aktywne”… kilka godzin biegu i przynajmniej dwa razy w tygodniu gra w piłkę nożną… myślałem, że nie będę miał żadnego problemu w przejściu około 30 km dziennie… pierwszego dnia (około 28 kilometra) odczułem silne bóle, które zaczynały się w stopach i promieniowały aż do kręgosłupa, ich intensywność rosła tak bardzo, że po kolejnym kilometrze, który przeszedłem (dzięki pomocy Szymona, który niósł mój plecak i trzymał mnie pod ramię) byłem zmuszony zatrzymać się i do końca etapu jechałem w ambulansie. Tego wieczoru miałem 39 stopni gorączki. dwa zastrzyki, które zrobili mi ratownicy wydawały się nie przynosić żadnego efektu. Bardzo się wstydziłem ponieważ jestem człowiekiem dość dumnym i przede wszystkim nie lubię prosić o pomoc bliźniego, ani być kłopotem dla innych. Jazda w ambulansie byłą dla mnie prawdziwą przegraną, zwłaszcza iż myślałem, że inni będą się ze mnie śmiać. Na początku 2 dnia bóle jeszcze nie przechodziły i ojciec Maciej powiedział mi, że jeżeli sytuacja się nie zmieni, to wieczorem przyjedzie jego brat i zawiezie mnie do domu. Byłem okropnie zasmucony i bardzo zły, zwłaszcza wobec Pana Boga… wykrzykiwałem mu złość, którą miałem w moim sercu. „Dlaczego!!! Ja odbywam tę drogę dla Ciebie… dlaczego pozwalasz aby mi się to działo!!!”, wewnątrz mnie była wielka złość, która trawiła moje serce. Od wielu lat chciałem odbyć tę pielgrzymkę i świadomość przegranej po jedynie jednym dniu bardzo mnie zasmucała… ze ściśniętymi zębami i wielką trudnością, w czasie mszy, którą sprawowaliśmy przed obiadem, kiedy mówiłem „Ojcze nasz” powiedziałem „Niech się stanie Twoja wola Ojcze… jeśli chcesz, pomóż mi rozpocząć od nowa moją drogę… jeśli nie, pomóż mi zaakceptować moje ograniczenia…”. Od tych słów i od tej mszy wszystko zaczęło iść lepiej. Wieczorem czułem się już na tyle dobrze, że następnego dnia, o 6 rano byłem gotowy do drogi…   W tych dwóch dniach zawierają się dwie najważniejsze rzeczy, które ta wędrówka pozwoliła mi zrozumieć. Pierwszą jest to, że w życiu trzeba być cierpliwym, ponieważ cierpliwością mierzy się również nasza wiara. Drugą jest to, że trzeba usunąć dumę, aby zostawić miejsce dla pokory, która pozwala zaakceptować własne limity i zrozumieć, że w naszym życiu nie musimy się wstydzić prosić o pomoc, gdy jesteśmy w trudnościach i że jest wielkim darem mieć obok brata gotowego wyciągnąć do Ciebie rękę nie oczekując niczego w zamian.     Przez pozostałe dni napotkałem inne małe trudności i nie zawsze mogłem wędrować przez cały dzień. Mimo to jestem bardzo zadowolony, ponieważ miałem okazję poznać fantastyczne osoby z którymi dzieliłem chwile zarówno proste, jak i piękne w ich prostocie. Wspaniałą rzeczą było zauważać bariery językowe język angielski nie mówiony dobrze i fakt, że się w ogóle nie znaliśmy i, że te trudności w Panu legły w gruzach, aby zostawić miejsce językowi złożonemu ze spojrzeń, uśmiechów i wyciągniętych rąk, które dawały pokój i pomagały bliźniemu: to język miłości Pana Boga.

Kiedy ostatniego dnia ruszyliśmy w drogę (o 5:00!!!) byłem bardzo, bardzo zadowolony, ponieważ przybywałem do Częstochowy na własnych nogach. W pewnym momencie zauważyliśmy szczyt wieży sanktuarium. Moje serce zaczęło bić co raz mocniej. Kiedy leżeliśmy twarzą przy ziemi, przed sanktuarium nie udało mi się zatrzymać wzruszenia i uroniłem kilka łez. Pierwszą rzeczą, którą pomyślałem, to: „Dzięki Maryjo, że byłaś przy mnie… pomóż mi, aby droga, którą odbyłem w tych dniach nie zatrzymała się przed sanktuarium, ale prowadziła dalej przez wszystkie dni mojego życia… dzięki Ci Panie, że dałeś mi siłę, abym był pokorny… pomóż mi być nim, albo mieć pokorę, kiedy ponownie będę świadczył o pięknie Twojej miłości. Dzięki Jezu, ponieważ w Twoim ciele, którym karmiłem się każdego dnia znalazłem miłość, której potrzebowałem…

 

   Kilka dni po moim powrocie do Włoch życie dało mi ponownie silny policzek (tak, jakby chciało mi powiedzieć, że świata nie obchodzą piękne doświadczenia i ponownie poddaje Cię ciężkim próbom). Musiałem stawić czoło samotności. Czułem się bardzo źle, później jednak wystarczyło jedno spojrzenie wewnątrz mojego serca, by odkryć, że otaczają mnie osoby kochające mnie takiego, jakim jestem. Wystarczyło, że zbliżyłem się ponownie do Jezusa, aby zrozumieć, że On kocha mnie bez względu na to jaki jestem. Nie obchodzi go ani mój wygląd, ani czy jestem sympatyczny, ani moje limity i błędy. On mnie kocha i tyle! I nie oczekuje od mnie niczego w zamian. To ten sam Jezus, którego widziałem w waszych oczach, w waszej trosce, w wieczora spędzonych u jakiejś rodziny, czy na Sali gimnastycznej… w uśmiechach… we wspólnej radości… w gościnności podczas postojów, w piosenkach nauczonych po polsku i w tych jedynie wysłuchanych… w radości z tańczenia podczas drogi… i w sile wspólnej modlitwy. Dziękuję wam… bo dzięki temu wszystkiemu mogłem zbliżyć się i ponownie spotkać Jezusa… zostawiam część mego serca w Polsce… obiecuję, że zrobić wszystko, aby ponownie wędrować razem z Wami na tej stroni i w pielgrzymce w przyszłym roku…

To prawda, życie dało mi kolejny policzek… cóż mogę zrobić… nadstawiam drugi policzek i idę do przodu!!!

Oczywiście z Jezusem u mego boku.

 

Pozdrawiam Was wszystkich z całego serca!!

 

Alessandro

TOP